


![]()

odobnie
jak w przypadku dnia 1, powyższy nagłówek jest bardzo mylący.
Dzień 15 obejmuje tak naprawdę czas od poranka w sobotę do
poranka w poniedziałek(!), kiedy to dotarłem do domu i
położyłem się spać. Jako się rzekło, w tym sprawozdaniu
definicja dnia obejmuje okres od wstania z łóżka do kolejnego
położenia się. W tym przypadku - 48 godzin. Deszcz, który
rozpadał się w piątek wieczorem, padał jeszcze mocniej w
sobotę rano, kiedy opuszczaliśmy nasze obozowisko. Nie bardzo
nam się uśmiechała perspektywa spędzenia całego dnia w
mokrym edynburgu, ale zdaje się, że na to nie mogliśmy mieć
żadnego wpływu. Okazało się jednak, że szkocka aura jest nam
tak przyjazna, że nawet okresy deszczowe miały miejsce albo jak
spaliśmy, albo gdy i tak byliśmy pod dachem (Dufftown). Zanim
dotarliśmy na parking w pobliżu centrum Edynburga, na niebie
świeciło słońce i było widać coraz mniej chmur, by w końcu
wypogodzić się zupełnie.
iezwykle majestatycznie wygląda
edynburski zamek, usytowany na wzgórzu, wysoko ponad dachami
pozostałych budynków, szczególnie gdy jeszcze nie do końca
otrząsnął się z porannej mgły. Pierwsze kroki skierowaliśmy
do ogromnego centrum informacji turystycznej, mieszczącego się
tuż obok stacji klejowej Waverley. Dzień, który mieliśmy
spędzić w Edynburgu był chyba najsłabiej przygotowanym
spośród wszystkich pozostałych, więc trzeba było
zasięgnąć języka czy przypadkiem w mieście nie dzieje się
coś, czego szkoda by było przegapić. Bo o istnieniu zamku,
pałacu Holyrood, ulicy zwanej Royal Mile i paru innych stałych
atrakcjach miasta chyba każdy wie. No i dowiedzieliśmy się.
Właśnie rozpoczął się międzynarodowy festiwal jazzowy i
bluesowy, a za kilka godzin wzdłuż Royal Mile, później
Johnston Terrace i do Castle Terrace pójdzie parada orkiestr
nowoorleańskich oraz najsłynniejsza na świecie steel band -
Trinidad & Tobago Defence Force Steel Orchestra. U stóp
zamku, tam gdzie parada się skończy grać będzie sześć
zespołów jazzowych, bluesowych i rhythm and bluesowych
ustawionych na otwartych platformach ciężarówek, 50-100
metrów jedna od drugiej. Lepiej nie trzeba. Chociaż można.
Gdybyśmy mogli zostać w Edynburgu jeszcze kilka dni,
mielibyśmy szansę wziąć udział we mszy gospel,
koncertach takich gwiazd, jak Larry
Adler, Courtney Pine czy Leon Redbone, a także posłuchać jam
sessions w wykonaniu gwiazd festiwalu. Niestety, tego szczęścia
chyba byłoby za dużo. A w każdym razie tak uznały niebiosa i
tej przyjemności nam odmówiono. Musiały nam wystarczyć rytmy
New Orleans i blaszane bębny z Trynidadu i Tobago.
koro jednak mieliśmy trochę czasu do
zabicia, kroki swe skierowaliśmy przede wszystkim do The Scotch
Whisky Heritage Centre znajdującego się niedaleko zamku, przy
Royal Mile. Myślę, że jeżeli ktoś nie widział żadnej
destylarni, zwiedzanie The Whisky Centre może być ciekawym i
wielce pouczającym, momentami komputerowo-multimedialnym
doświadczeniem. Gdy się jednak widziało co najmniej
kilkanaście z nich, i to na tak różne sposoby, jak było to
naszym udziałem, zwiedzanie tego swoistego muzeum whisky jest
nieporozumieniem. Można tu zobaczyć kadzie zacierne, minaturowy
kompletny model destylarni, przyjrzeć się poszczególnym
fragmentom procesu produkcji, ale nic nie jest w stanie
zastąpić "the real thing".
Na
uwagę zasługuje sklep z whisky i różnymi akcesoriami
związanymi z uisge beatha. Jednak ceny oferowanych tutaj
towarów - zarówno butelek, jak i innych gadżetów - co
najmniej odrobinę przewyższają te, do których zdąrzyliśmy
się przyzwyczaić w Dufftown, czy w sklepikach przy
poszczególnych destylarniach.
końcu jednak wybiła 12.30 i czym
prędzej podążyliśmy w stronę tego miejsca na Royal Mile,
skąd już dochodziły odgłosy muzyki. Zaczęło się tak, jak
widać na zdjęciu obok. Dwie połączone orkiestry paradne - The
Criterion New Orleans Parade Band oraz Sydney Zenith New Orleans
Jazz Band - zwyczajnie dały totalnego czadu. Wydawało się, że
muzyka jest wszędzie, a całe miasto nagle zamieniło się w
jeden wielki bal z czasów Prohibicji w USA. Odpowiednio ubrane w
stylu epoki panie poprzedzały paradę muzyków tańcząc w rytm
wygrywanej muzyki, za kilkudziesięcioma saksofonistami,
puzonistami, klarnecistami, trębaczami i innymi muzykami szła
kolejna grupa, już bardziej statecznych starszych dam, sprawnie
posługujących się charakterystycznymi wachlarzami i palących
papierosy przez rurkę. Stałem jak oczarowany na samym
skraju
chodnika, a całe to przedstawienie defilowało mi przed samym
nosem. Myślałem, że już lepiej być nie może, ale zaraz
okazało się, jak bardzo się myliłem. Jakieś trzydzieści
metrów za nowoorleańczykami defilowała orkiestra składająca
się z około czterdziestu rosłych, czarnoskórych chłopów (no
dobra, były dwie dziewczyny), niosących przed sobą swoje
blaszane bębny i tłukących w nie niemiłosiernie (zdjęcie
obok). Czegoś takiego nigdy w życiu nie słyszałem. Byli
doskonali. Trudno jest być może sobie to wyobrazić, ale oni
grali muzykę. Z chyba setek uderzeń w bębny na sekundę
wyłaniała się linia melodyczna, sekcja basowa, rytmiczna.
Była to skończona muzyka - muzyka, której absolutnie niczego
nie brakowało. Stałem jak zauroczony, a następnie
przyłączyłem się do parady i tak dotarłem muzykami z
Trynidadu i Tobago pod sam zamek, gdzie już stało sześć
platform - odkrytych ciężarówek - na których już się
szykowało do boju sześć różnych kapel. Kiedy Stalowi
bębniarze skończyli, rozpoczął się koncert, a właściwie
sześć koncertów jednocześnie. Każdy mógł tutaj znaleźć
coś dla siebie. Był tradycyjny jazz, był jazz nowoczesny, był
klasyczny blues, był rhythm and blues, były jazzujące ballady,
a nawet cała orkiestra szkolna grająca
standardy
jazzowe (zdjęcie obok). To było naprawdę coś. Momentami
przypominał mi się wierszyk o osiołku, któremu w żłoby
dano... Trudno było wybrać, wszędzie doskonała muzyka,
wszędzie wirtuozeria - to na klawiszach, to na skasofonie, to na
trąbce, to wreszcie na gitarze. A oni grali i grali. I grali.
iedy poczułem przesyt muzyką
(doskonałą, ale jak długo można), uznałem, że czas
najwyższy wyruszyć dalej w Edynburg i zobaczyć chociaż
odrobinę więcej niż tylko festiwalowe atrakcje. Odbyłem
bardzo romantyczny spacer wzdłuż Royal Mile, w stronę pałacu
Holyrood. Zapuszczałem się raz po raz w boczne, bardzo
malownicze uliczki, zaglądałem do sklepików (w tym oczywiście
sklep firmowy Cadenhead), generalnie upajałem się Edynburgiem,
wspaniałą atmosferą miasta i - co równie ważne - kolejnym
dniem słonecznej, bardzo nietypowej dla Szkocji, pogody. Kiedy w
końcu dotarłem do Holyrood, uznałem, że będzie mi musiało
wystarczyć obejrzenie go zewnątrz, gdyż już nie było czasu
na dokładne zwiedzanie czegokolwiek. Poza tym, trzeba sobie
przecież zostawić jakiś powód by przyjechać tu jeszcze raz.
Ja już mam. Muszę zwiedzić Holyrood Palace. Dość szybko
zorientowałem się, że zostało mi tylko tyle czasu by dotrzeć
na umówione miejsce spotkania z pozostałą trójką.
![]()
bliżała
się godzina 17.00 i trzeba było podjąć jakieś decyzje co do
kolejnego noclegu. Skoro jednak i tak mieliśmy następnego dnia
wyruszać w kierunku domu, byliśmy już zbyt zmęczeni i
naładowani wrażeniami i emocjami by zrobić cokolwiek
konstruktywnego, zaproponowałem by wyruszyć na południe, w
kierunku Londynu, Dover, i dalej do domu bezpośrednio z
Edynburga. We wtorek rano, kiedy ponad dwutygodniowe zmęczenie i
36 godzin spędzone bez przerwy za kierownicą dopadło mnie w
końcu i dosłownie zwaliło z nóg, trochę tej decyzji
żałowałem, ale byłem już w domu i mogłem spokojnie
dochodzić do siebie. Z Edynburga wyruszyliśmy około 17.45,
żegnani przez zdrowo podpitych i naćpanych (ale przy tym bardzo
słodkich i sympatycznych) fanów Oasis, którzy przyjechali z
okolic Glasgow na koncert zespołu, który miał się odbyć tego
wieczoru na pobliskim stadionie. Zapraszali nas do pozostania na
koncercie, ale to chyba byłoby ponad nasze siły. Dalsze nasze
losy to droga A68, później autostrada M1 na południe,
obwodnica londyńska M25, port w Dover, Calais, autostrada 2
przez Niemcy i wreszcie przejście graniczne w Olszynie. Po
przejechaniu łącznie 6630 kilometrów, o godzinie 5.00 w
poniedziałek dotarliśmy do domu. A wszystko, cośmy przeżyli i
zobaczyli wydawało się tak odległe, że wręcz nierealne.
Dlatego trzeba było napisać niniejsze sprawozdanie, by sobie
samemu nie pozwolić zapomnieć. Mam nadzieję, że nie
zanudziłem. Chyba nie, skoro dotarłeś / dotarłaś aż tutaj.
Pozdrawiam.
![]() |
Wszystkie zdjęcia z Edynburga i podróży powrotnej zostały wykonane przez Artura Żałobkę, pozostałe są moim dziełem. Dzięki Artur. Prawda, że było nudno?
| Whisky - strona główna | Szkocja - strona główna dzień 1 | dzień 2 | dzień 3 | dzień 4 | dzień 5 | dzień 6 | dzień 7 | dzień 8 | dzień 9 | dzień 10 | dzień 11 | dzień 12 | dzień 13 | dzień 14 | dzień 15 |
(c) 2000 Rajmund Matuszkiewicz