


![]()

oniedziałkowy poranek powitał nas
odgłosem beczek przetaczanych do magazynu dosłownie parę
metrów przed naszym namiotem. Zapowiadał się kolejny piękny
dzień, słońce świeciło od samego rana i na niebie nie widać
było ani chmurki. Jedynie nad Irlandią, której zarys widać
było w oddali, zbierało się coś, z czego być może spadł
później deszcz. Ale Irlandia tym razem nie interesowała nas w
ogóle. Wstaliśmy dość wcześnie (normalnie, w domu,
przewracałbym się o tej porze z boku na bok) by zażyć
porannego prysznicu i golenia w toaletach pracowników
destylarni. O, jak bardzo smakował mi ten prysznic! Czyści,
ogoleni i pachnący zwinęliśmy obozowisko, pożegnaliśmy się
ze Stuartem i wyruszyliśmy na przystanek autobusowy, skąd
mieliśmy dostać się do Port Askaig.
zkoci to naród nie tyle skąpy (tego
nie zaznaliśmy przez cały nasz pobyt w Szkocji i temu
stereotypowi będę się zawsze sprzeciwiał), co zaradny.
Objawia się to, między innymi, w genialnym sposobie
wykorzystania służb pocztowych, które tak czy tak muszą
dotrzeć do najdalej nawet położonych osad ludzkich, jak np.
Ardbeg. Wpadli więc na pomysł, że listonosz będzie jeździł
tam minibusem i przy okazji zabierał ewentualnych pasażerów -
za drobną opłatą, która przynajmniej częściowo
zrekompensuje koszty statutowej działalności. Genialne,
nieprawdaż? Takim właśnie postbusem zabraliśmy się z Ardbeg
do Port Ellen. Po drodze dowiedzieliśmy się od kierowcy, że za
chwilę jedzie dalej, do Bowmore, skąd na pewno będziemy mieli
autobus do Port Askaig. Idealnie. Tym bardziej, że zapowiedział
kilkunastominutowy postój w Port Ellen, gdzie mogliśmy szybko
wpaść do spożywczego i kupić coś do jedzenia, żeby całkiem
z głodu nie pomrzeć. Tak też zrobiliśmy. Nie pamiętam żeby
kiedykolwiek wcześniej tak bardzo
smakował
mi serek topiony zapijany wodą mineralną o smaku śmietankowym
(!) i zagryzaną zwykłą bułką. Po drodze zajechaliśmy
również na lotnisko w Glenegedale - jedyne połączenie wyspy
ze światem zewnętrznym poza promami.
miejscowości Bowmore - bardzo
malowniczo położonej nad zatoką Loch Indaal niewielkiej osady
rybackiej - okazało się, że mamy niecałe pół godziny do
najbliższego autobusu, więc nie było czasu na zwiedzanie
destylarni. Zresztą, po cudownych przeżyciach w Ardbeg wcale
nie chciało mi się pakować do destylarni pod okiem przewodnika
i wysłuchać opisu procesu produkcji wygłaszanego beznamiętnym
tonem. Zdaje się, że jako zwiedzający destylarnie byłem już
zepsuty. Obejrzałem sobie za to destylarnię ze wszystkich stron
z zewnątrz i wróciłem na przystanek autobusowy, z którego
chwilę później wyruszyliśmy w stronę Port Askaig.
o około 20. minutach podróży - tym
razem już normalnym autobusem - i minięciu drogowskazu w lewo z
napisem "Caol Ila" (tu westchnięcie - nie ma czasu,
może następnym razem), oczom naszym ukazała się cieśnina
Sound of Islay, port oraz cel naszej podróży tego dnia - wyspa
Jura. Wyglądała przepięknie w porannym słońcu. Bartek,
który jest najbardziej zagorzałym fanem whisky Isle of Jura i
dla którego ta część podróży była swoistą pielgrzymką,
piał z zachwytu. Wzgórza zwane Paps of Jura (Piersi Jury)
rzeczywiście do złudzenia przypominały te urocze części
ciała kobiecego. Patrz zdjęcie obok. Do najbliższego promu
mieliśmy około pół godziny, więc poszliśmy do baru w
pobliskim hotelu na kawę i herbatę, których nam brakowało od
kiedy zostawiliśmy naszą butlę gazową w bagażniku samochodu,
w porcie Kennacraig
na
półwyspie Kintyre. Mimo, że od tamtego czasu minęło dopiero
niecałe dwa dni, wydawało się, że minęły całe wieki.
Szczególnie zważywszy na ilość i intensywność wrażeń,
jakie były naszym udziałem na Islay.
rom na Jura okazał się maleństwem
zabierającym jednocześnie tylko osiem samochodów. Gdy
wszedłem na pokład i spojrzałem za burtę, uderzyła mnie
niesamowita czystość wody w oceanie, w której unosiła się
niezliczona ilość meduz, a po dnie, które było widać bardzo
wyraźnie mimo sporej głębokości, spacerowały kraby i homary.
Od nabrzeża Port Askaig odbiliśmy parę minut po godzinie 12.00
w południe. Przeprawa trwała około pięciu minut, w czasie
których "namierzyliśmy" minibus pełniący funkcję
postbusa, który zabrał nas z portu Feolin Ferry do Craighouse,
gdzie znajduje się destylarnia Jura. Wtedy to po raz pierwszy
mieliśmy okazję doświadczyć pojedynczej drogi z mijankami. Po
obu jej stronach pasły się owce i krowy, które często
wchodziły na drogę i nierzadko kładły się na niej wylegując
w słońcu. Doświadczyliśmy również czegoś, co nazywa się
"cattle grid", a jest swego rodzaju grubą kratą
położoną na drodze, pod którą wykopany jest rów. Wszystko
to ma zapobiegać niekontrolowanemu przedostawaniu się licznych
tutaj jeleni, a także owiec i bydła w obręb osad ludzkich.
Podczas
przejeżdżania przez cattle grid odnosi się wrażenie podobne
do przekraczania przejazdów kolejowych w Polsce. Podobno cała
wyspa zamieszkana jest przez około 200 osób i około 6000
jeleni. Ciekawe proporcje. Nie było nam jednak dane spotkanie z
ani jednym przedstawicielem tego gatunku podczas naszego
kilkugodzinnego pobytu ja wyspie Jura.
o dotarciu do Craighouse, które jest
miniaturową osadą rybacką, nie było najmniejszych problemów
ze znalezieniem destylarni. Na Jura wszystko znajduje się w
bezpośredniej bliskości jedynej drogi biegnącej z Feolin Ferry
do osady Ardlussa. Zgodnie z obietnicą, Stuart Thomson z Ardbeg
zawiadomił telefonicznie swoich przyjaciół na Jura o naszym
przyjeździe, tak więc byliśmy oczekiwanymi gośćmi. Tym
bardziej, że nieczęsto zdarza się spotkać takiego wielbiciela
produktu miejscowych gorzelników jakim jest Bartek. Sława o nim
już tutaj dotarła (przez Stuarta, rzecz jasna). Destylarnia
przechodziła właśnie okres urlopowy dla załogi, podczas
którego odbywał się remont i renowacja poszczególnych jej
elementów. Nie przeszkodziło to nam jednak w odbyciu kolejnej
wizyty pełnej wrażeń i wzruszeń (to Bartek).
estylarnia położona jest, jako się
rzekło, tuż obok głównej i jedynej drogi na wyspie, nad samą
zatoką, z której wyjścia w pełne morze broni kilka drobnych
skalistych wysepek porozrzucanych tu i ówdzie. Wygląda bardzo
malowniczo, szczególnie jeżeli zważyć na palmy rosnące przed
budynkiem. Tutaj uwaga praktyczna, po przeciwnej stronie drogi
znajduje się hotel, a przed nim piękny, zadbany trawnik, na
którym można do woli i bezpłatnie biwakować. Tak więc, gdyby
ktoś planował podróż po Szkocji z namiotem, pierwszy plan na
zdjęciu powyżej to miejsce, gdzie można się rozbić będąc
na Jurze. Właśnie wśród tych palm. W związku z tym, że
manager destylarni nie był tego dnia obecny, po zakładzie
oprowadził nas Master Brewer destylarni - osoba pełniąca
faktycznie funkcję zastępcy managera i odpowiedzialna
bezpośrednio za proces produkcji whisky. William Cochrane
pracuje w destylarni Jura już od 25 lat, tak więc każda
pochodząca stąd whisky, jaką zdarzyło się nam pić to
praktycznie jego dzieło. Bardzo nam taki przewodnik odpowiadał.
Niekompetentni przewodnicy, których później spotkaliśmy w
innych destylarniach tylko utwierdzili nas w przekonaniu, że w
pierwsze dni naszej wyprawy mieliśmy dużo szczęścia do
właściwych osób.

wiedzanie
destylarni zaczęliśmy od miejsca, gdzie zesłodowany jęczmień
jest mielony i mieszany z wodą (kadzie zacierne), później
przeszliśmy do hali kadzi fermentacyjnych, gdzie po raz pierwszy
pojawia się alkohol, skąd już dwa kroki do still house, hali
mieszczącej alembiki i spirit safe. Ciekawostką jest fakt, że
alembiki te są największymi alembikami w całej Szkocji.
Rzeczywiście wyglądały imponująco, mimo iż dopiero przed
nimi był proces czyszczenia ich miedzianej powierzchni, które
miało pomóc odzyskać tę nieskazitelną czystość i blask
znany z oficjalnych zdjęć destylarni. Gdy później
zwiedzaliśmy destylarnie w Speyside, przede wszystkim Macallan
czy Glenfiddich, różnica wielkości alembików była
przytłaczająca. Nie wspominając o najmniejszych dozwolonych
prawem alembikach w Edradour, które wyglądały jak miniaturki,
ale o tym później. W destylarni Jura pracuje cztery alembiki
(dwa zestawy do podwójnej destylacji), przez co wielkość
produkcji nie jest imponująca, skąd pewno przynajmniej
częściowo bierze się mała popularność tej właśnie whisky.

o
zwiedzeniu części produkcyjnej udaliśmy się do magazynu, w
którym leżakuje i dojrzewa destylat zanim stanie się whisky i
zanim nie zostanie przelany do butelek, opatrzony etykietkami i
wysłany na rynek. W jednym tylko magazynie przechowywanych jest
50 tysięcy beczek z destylatem. Zdecydowana większość z nich
(ok. 93%) to beczki po bourbonie o pojemności około 200
litrów. Łatwo policzyć ile dobroci mieści taki magazyn.
Najstarsza beczka znajdująca się na terenie destylarni pochodzi
z roku 1965 i należy do prywatnego właściciela, który - jak
dotąd - nie ma żadnych planów co do butelkowania swojej
whisky, tak więc na pewno poleży ona jeszcze dobrych parę lat.
W magazynie odbył się rytuał odbijania szpuntu i nalano nam
whisky prosto z beczki - do spożycia na miejscu. Nie muszę
chyba nikogo przekonywać jakie to przeżycie napić się whisky
prosto z beczki, w magazynie celnym. Po tej degustacji
przeszliśmy do pomieszczeń biurowo-gościnnych destylarni,
gdzie - już z butelek - degustowaliśmy Isle of Jura 10YO, 16YO
oraz 21YO. Bartek kupił sobie kilka gadżetów, butelkę Isle of
Jura 21YO, wpisaliśmy się do księgi gości, podziękowaliśmy
za gościnność i udaliśmy się na zwiedzanie Craighouse.
Niewiele było do zwiedzania, tym bardziej, że niedługo
mieliśmy kolejny postbus,
który miał nas zabrać do Feolin Ferry, skąd promem do Port
Askaig na Islay, skąd kolejnym promem z powrotem na półwysep
Kintyre, do portu Kennacraig, gdzie czekał na nas samochód, i
skąd udaliśmy się w dalszą podróż. Wszystko odbyło się
zgodnie z planem i już po jakiejś godzinie obserwowaliśmy
oddalające się od nas brzegi obu wysp.
o portu w Kennacraig dotarliśmy około
godziny 17.00, zapakowaliśmy się na powrót w samochód i, tym
razem bez pośpiechu, wyruszyliśmy w drogę. Najpierw z powrotem
do Lochgilphead, skąd ruszyliśmy śladem naszych kolegów,
którzy o tej porze powinni już być gdzieś na wyspie Skye. W
związku z tym, że nigdzie się nam tym razem nie spieszyło,
mogliśmy do woli napawać się widokami gór, zatok morskich i
jezior, nad którymi przejeżdżaliśmy. Z Lochgilphead udaliśmy
się prosto na północ drogą A816, w stronę Oban. Jednak tego
dnia nie planowaliśmy jeszcze dotrzeć do samego Oban. Parę
kilometrów za miejscowością Kilmartin odbiliśmy od głównej
drogi w prawo, w stronę osady Ford nad brzegami jeziora Loch
Awe, gdzie planowaliśmy spędzić naszą kolejną noc w Szkocji.
Nad Loch Awe dotarliśmy bez problemów, znaleźliśmy idealne
miejsce na obozowisko - na cypelku wchodzącym w głąb jeziora,
tak że byliśmy otoczeni wodą niemal ze wszystkich stron.
ieczór nad Loch Awe to przede
wszystkim spotkanie z niesamowitym człowiekiem - wędkarzem,
który przyjechał tam złowić kolejnego szczupaka do swojej
kolekcji. To znaczy, po to żeby go sfotografować, zmierzyć,
zważyć i wypuścić na wolność. Pod warunkiem, że szczupak
ważyłby ponad 20 funtów (ok. 10 kg), bo mniejsze go nie
interesują. Nie znam się na wędkarstwie, ale fachowość, z
jaką opowiadał o swojej pasji i profesjonalny sprzęt
świadczyły o tym, że chyba mówi prawdę. Niemal do łez nas
rozbawił opowieścią o tym, jak to Szkoci nie lubią Anglików.
I to za co? "Wyobraźcie sobie, oni tu przyjeżdżają na
ryby, łowią nawet takie 10. funtowe maleństwa, zabierają je
do domu i zjadają!" Trzeba było usłyszeć tę troskę i
oburzenie w głosie. Rzeczywiście, paskudni Angole, jak można
jeść złowione ryby?! Druga rzecz, jakiej doświadczyliśmy nad
Loch Awe to pierwszy zmasowany atak midges. Co prawda, nasz
znajomy dał nam specyfiku odstraszającego je o nazwie Shoo!,
ale specyfik działał jedynie kilkanaście minut. Jak się
okazało dużo później, kiedy to wypróbowaliśmy różnych
innych sposobów, Shoo! jest najbardziej skuteczny, gdyż
odstrasza to paskudztwo przynajmniej na jakiś czas. Polecam. Do
kupienia w niektórych sklepach z kosmetykami na terenie Szkocji.
| Whisky - strona główna | Szkocja - strona główna dzień 1 | dzień 2 | dzień 3 | dzień 4 | dzień 5 | dzień 6 | dzień 7 | dzień 8 | dzień 9 | dzień 10 | dzień 11 | dzień 12 | dzień 13 | dzień 14 | dzień 15 |
(c) 2000 Rajmund Matuszkiewicz