Tartan klanu UrquhartSzkocja - dzień 3Tartan klanu Urquhart


Ardbeg - wyspa Jura - Loch Awe


Poranne pożegnanie ze Stuartem Thomsonem, managerem destylarni ArdbegPoniedziałkowy poranek powitał nas odgłosem beczek przetaczanych do magazynu dosłownie parę metrów przed naszym namiotem. Zapowiadał się kolejny piękny dzień, słońce świeciło od samego rana i na niebie nie widać było ani chmurki. Jedynie nad Irlandią, której zarys widać było w oddali, zbierało się coś, z czego być może spadł później deszcz. Ale Irlandia tym razem nie interesowała nas w ogóle. Wstaliśmy dość wcześnie (normalnie, w domu, przewracałbym się o tej porze z boku na bok) by zażyć porannego prysznicu i golenia w toaletach pracowników destylarni. O, jak bardzo smakował mi ten prysznic! Czyści, ogoleni i pachnący zwinęliśmy obozowisko, pożegnaliśmy się ze Stuartem i wyruszyliśmy na przystanek autobusowy, skąd mieliśmy dostać się do Port Askaig.Wejście główne do destylarni Bowmore

Szkoci to naród nie tyle skąpy (tego nie zaznaliśmy przez cały nasz pobyt w Szkocji i temu stereotypowi będę się zawsze sprzeciwiał), co zaradny. Objawia się to, między innymi, w genialnym sposobie wykorzystania służb pocztowych, które tak czy tak muszą dotrzeć do najdalej nawet położonych osad ludzkich, jak np. Ardbeg. Wpadli więc na pomysł, że listonosz będzie jeździł tam minibusem i przy okazji zabierał ewentualnych pasażerów - za drobną opłatą, która przynajmniej częściowo zrekompensuje koszty statutowej działalności. Genialne, nieprawdaż? Takim właśnie postbusem zabraliśmy się z Ardbeg do Port Ellen. Po drodze dowiedzieliśmy się od kierowcy, że za chwilę jedzie dalej, do Bowmore, skąd na pewno będziemy mieli autobus do Port Askaig. Idealnie. Tym bardziej, że zapowiedział kilkunastominutowy postój w Port Ellen, gdzie mogliśmy szybko wpaść do spożywczego i kupić coś do jedzenia, żeby całkiem z głodu nie pomrzeć. Tak też zrobiliśmy. Nie pamiętam żeby kiedykolwiek wcześniej tak bardzo A tak wygląda Bowmore widziana od strony morzasmakował mi serek topiony zapijany wodą mineralną o smaku śmietankowym (!) i zagryzaną zwykłą bułką. Po drodze zajechaliśmy również na lotnisko w Glenegedale - jedyne połączenie wyspy ze światem zewnętrznym poza promami.

W miejscowości Bowmore - bardzo malowniczo położonej nad zatoką Loch Indaal niewielkiej osady rybackiej - okazało się, że mamy niecałe pół godziny do najbliższego autobusu, więc nie było czasu na zwiedzanie destylarni. Zresztą, po cudownych przeżyciach w Ardbeg wcale nie chciało mi się pakować do destylarni pod okiem przewodnika i wysłuchać opisu procesu produkcji wygłaszanego beznamiętnym tonem. Zdaje się, że jako zwiedzający destylarnie byłem już zepsuty. Obejrzałem sobie za to destylarnię ze wszystkich stron z zewnątrz i wróciłem na przystanek autobusowy, z którego chwilę później wyruszyliśmy w stronę Port Askaig.Widok na wyspę Jura z Port Askaig na Islay

Po około 20. minutach podróży - tym razem już normalnym autobusem - i minięciu drogowskazu w lewo z napisem "Caol Ila" (tu westchnięcie - nie ma czasu, może następnym razem), oczom naszym ukazała się cieśnina Sound of Islay, port oraz cel naszej podróży tego dnia - wyspa Jura. Wyglądała przepięknie w porannym słońcu. Bartek, który jest najbardziej zagorzałym fanem whisky Isle of Jura i dla którego ta część podróży była swoistą pielgrzymką, piał z zachwytu. Wzgórza zwane Paps of Jura (Piersi Jury) rzeczywiście do złudzenia przypominały te urocze części ciała kobiecego. Patrz zdjęcie obok. Do najbliższego promu mieliśmy około pół godziny, więc poszliśmy do baru w pobliskim hotelu na kawę i herbatę, których nam brakowało od kiedy zostawiliśmy naszą butlę gazową w bagażniku samochodu, w porcie Kennacraig Bilet z Islay na Jurana półwyspie Kintyre. Mimo, że od tamtego czasu minęło dopiero niecałe dwa dni, wydawało się, że minęły całe wieki. Szczególnie zważywszy na ilość i intensywność wrażeń, jakie były naszym udziałem na Islay.

Prom na Jura okazał się maleństwem zabierającym jednocześnie tylko osiem samochodów. Gdy wszedłem na pokład i spojrzałem za burtę, uderzyła mnie niesamowita czystość wody w oceanie, w której unosiła się niezliczona ilość meduz, a po dnie, które było widać bardzo wyraźnie mimo sporej głębokości, spacerowały kraby i homary. Od nabrzeża Port Askaig odbiliśmy parę minut po godzinie 12.00 w południe. Przeprawa trwała około pięciu minut, w czasie których "namierzyliśmy" minibus pełniący funkcję postbusa, który zabrał nas z portu Feolin Ferry do Craighouse, gdzie znajduje się destylarnia Jura. Wtedy to po raz pierwszy mieliśmy okazję doświadczyć pojedynczej drogi z mijankami. Po obu jej stronach pasły się owce i krowy, które często wchodziły na drogę i nierzadko kładły się na niej wylegując w słońcu. Doświadczyliśmy również czegoś, co nazywa się "cattle grid", a jest swego rodzaju grubą kratą położoną na drodze, pod którą wykopany jest rów. Wszystko to ma zapobiegać niekontrolowanemu przedostawaniu się licznych tutaj jeleni, a także owiec i bydła w obręb osad ludzkich. Destylarnia Jura wygląda jakby znajdowała się na Hawajach - palmy, pełne słońce, malownicza zatoka...Podczas przejeżdżania przez cattle grid odnosi się wrażenie podobne do przekraczania przejazdów kolejowych w Polsce. Podobno cała wyspa zamieszkana jest przez około 200 osób i około 6000 jeleni. Ciekawe proporcje. Nie było nam jednak dane spotkanie z ani jednym przedstawicielem tego gatunku podczas naszego kilkugodzinnego pobytu ja wyspie Jura.

Po dotarciu do Craighouse, które jest miniaturową osadą rybacką, nie było najmniejszych problemów ze znalezieniem destylarni. Na Jura wszystko znajduje się w bezpośredniej bliskości jedynej drogi biegnącej z Feolin Ferry do osady Ardlussa. Zgodnie z obietnicą, Stuart Thomson z Ardbeg zawiadomił telefonicznie swoich przyjaciół na Jura o naszym przyjeździe, tak więc byliśmy oczekiwanymi gośćmi. Tym bardziej, że nieczęsto zdarza się spotkać takiego wielbiciela produktu miejscowych gorzelników jakim jest Bartek. Sława o nim już tutaj dotarła (przez Stuarta, rzecz jasna). Destylarnia przechodziła właśnie okres urlopowy dla załogi, podczas którego odbywał się remont i renowacja poszczególnych jej elementów. Nie przeszkodziło to nam jednak w odbyciu kolejnej wizyty pełnej wrażeń i wzruszeń (to Bartek).Almebiki w destylarni Jura. Największe w Szkocji.

Destylarnia położona jest, jako się rzekło, tuż obok głównej i jedynej drogi na wyspie, nad samą zatoką, z której wyjścia w pełne morze broni kilka drobnych skalistych wysepek porozrzucanych tu i ówdzie. Wygląda bardzo malowniczo, szczególnie jeżeli zważyć na palmy rosnące przed budynkiem. Tutaj uwaga praktyczna, po przeciwnej stronie drogi znajduje się hotel, a przed nim piękny, zadbany trawnik, na którym można do woli i bezpłatnie biwakować. Tak więc, gdyby ktoś planował podróż po Szkocji z namiotem, pierwszy plan na zdjęciu powyżej to miejsce, gdzie można się rozbić będąc na Jurze. Właśnie wśród tych palm. W związku z tym, że manager destylarni nie był tego dnia obecny, po zakładzie oprowadził nas Master Brewer destylarni - osoba pełniąca faktycznie funkcję zastępcy managera i odpowiedzialna bezpośrednio za proces produkcji whisky. William Cochrane pracuje w destylarni Jura już od 25 lat, tak więc każda pochodząca stąd whisky, jaką zdarzyło się nam pić to praktycznie jego dzieło. Bardzo nam taki przewodnik odpowiadał. Niekompetentni przewodnicy, których później spotkaliśmy w innych destylarniach tylko utwierdzili nas w przekonaniu, że w pierwsze dni naszej wyprawy mieliśmy dużo szczęścia do właściwych osób.

A za chwilę napijemy się whisky prosto z beczki. W magazynie celnym. Nalewa Master Brewer - ten sam od 25 latZwiedzanie destylarni zaczęliśmy od miejsca, gdzie zesłodowany jęczmień jest mielony i mieszany z wodą (kadzie zacierne), później przeszliśmy do hali kadzi fermentacyjnych, gdzie po raz pierwszy pojawia się alkohol, skąd już dwa kroki do still house, hali mieszczącej alembiki i spirit safe. Ciekawostką jest fakt, że alembiki te są największymi alembikami w całej Szkocji. Rzeczywiście wyglądały imponująco, mimo iż dopiero przed nimi był proces czyszczenia ich miedzianej powierzchni, które miało pomóc odzyskać tę nieskazitelną czystość i blask znany z oficjalnych zdjęć destylarni. Gdy później zwiedzaliśmy destylarnie w Speyside, przede wszystkim Macallan czy Glenfiddich, różnica wielkości alembików była przytłaczająca. Nie wspominając o najmniejszych dozwolonych prawem alembikach w Edradour, które wyglądały jak miniaturki, ale o tym później. W destylarni Jura pracuje cztery alembiki (dwa zestawy do podwójnej destylacji), przez co wielkość produkcji nie jest imponująca, skąd pewno przynajmniej częściowo bierze się mała popularność tej właśnie whisky.

PTylko w destylarni Jura widziałem beczki z destylatem składowane tak wysoko.o zwiedzeniu części produkcyjnej udaliśmy się do magazynu, w którym leżakuje i dojrzewa destylat zanim stanie się whisky i zanim nie zostanie przelany do butelek, opatrzony etykietkami i wysłany na rynek. W jednym tylko magazynie przechowywanych jest 50 tysięcy beczek z destylatem. Zdecydowana większość z nich (ok. 93%) to beczki po bourbonie o pojemności około 200 litrów. Łatwo policzyć ile dobroci mieści taki magazyn. Najstarsza beczka znajdująca się na terenie destylarni pochodzi z roku 1965 i należy do prywatnego właściciela, który - jak dotąd - nie ma żadnych planów co do butelkowania swojej whisky, tak więc na pewno poleży ona jeszcze dobrych parę lat. W magazynie odbył się rytuał odbijania szpuntu i nalano nam whisky prosto z beczki - do spożycia na miejscu. Nie muszę chyba nikogo przekonywać jakie to przeżycie napić się whisky prosto z beczki, w magazynie celnym. Po tej degustacji przeszliśmy do pomieszczeń biurowo-gościnnych destylarni, gdzie - już z butelek - degustowaliśmy Isle of Jura 10YO, 16YO oraz 21YO. Bartek kupił sobie kilka gadżetów, butelkę Isle of Jura 21YO, wpisaliśmy się do księgi gości, podziękowaliśmy za gościnność i udaliśmy się na zwiedzanie Craighouse. Niewiele było do zwiedzania, tym bardziej, że niedługo mieliśmy kolejny postbus,Najstarsza beczka z destylatem w Jura - pochodzi z roku 1965 i należy do prywatnego właściciela który miał nas zabrać do Feolin Ferry, skąd promem do Port Askaig na Islay, skąd kolejnym promem z powrotem na półwysep Kintyre, do portu Kennacraig, gdzie czekał na nas samochód, i skąd udaliśmy się w dalszą podróż. Wszystko odbyło się zgodnie z planem i już po jakiejś godzinie obserwowaliśmy oddalające się od nas brzegi obu wysp.

Do portu w Kennacraig dotarliśmy około godziny 17.00, zapakowaliśmy się na powrót w samochód i, tym razem bez pośpiechu, wyruszyliśmy w drogę. Najpierw z powrotem do Lochgilphead, skąd ruszyliśmy śladem naszych kolegów, którzy o tej porze powinni już być gdzieś na wyspie Skye. W związku z tym, że nigdzie się nam tym razem nie spieszyło, mogliśmy do woli napawać się widokami gór, zatok morskich i jezior, nad którymi przejeżdżaliśmy. Z Lochgilphead udaliśmy się prosto na północ drogą A816, w stronę Oban. Jednak tego dnia nie planowaliśmy jeszcze dotrzeć do samego Oban. Parę kilometrów za miejscowością Kilmartin odbiliśmy od głównej drogi w prawo, w stronę osady Ford nad brzegami jeziora Loch Awe, gdzie planowaliśmy spędzić naszą kolejną noc w Szkocji. Nad Loch Awe dotarliśmy bez problemów, znaleźliśmy idealne miejsce na obozowisko - na cypelku wchodzącym w głąb jeziora, tak że byliśmy otoczeni wodą niemal ze wszystkich stron.

Wieczór nad Loch Awe to przede wszystkim spotkanie z niesamowitym człowiekiem - wędkarzem, który przyjechał tam złowić kolejnego szczupaka do swojej kolekcji. To znaczy, po to żeby go sfotografować, zmierzyć, zważyć i wypuścić na wolność. Pod warunkiem, że szczupak ważyłby ponad 20 funtów (ok. 10 kg), bo mniejsze go nie interesują. Nie znam się na wędkarstwie, ale fachowość, z jaką opowiadał o swojej pasji i profesjonalny sprzęt świadczyły o tym, że chyba mówi prawdę. Niemal do łez nas rozbawił opowieścią o tym, jak to Szkoci nie lubią Anglików. I to za co? "Wyobraźcie sobie, oni tu przyjeżdżają na ryby, łowią nawet takie 10. funtowe maleństwa, zabierają je do domu i zjadają!" Trzeba było usłyszeć tę troskę i oburzenie w głosie. Rzeczywiście, paskudni Angole, jak można jeść złowione ryby?! Druga rzecz, jakiej doświadczyliśmy nad Loch Awe to pierwszy zmasowany atak midges. Co prawda, nasz znajomy dał nam specyfiku odstraszającego je o nazwie Shoo!, ale specyfik działał jedynie kilkanaście minut. Jak się okazało dużo później, kiedy to wypróbowaliśmy różnych innych sposobów, Shoo! jest najbardziej skuteczny, gdyż odstrasza to paskudztwo przynajmniej na jakiś czas. Polecam. Do kupienia w niektórych sklepach z kosmetykami na terenie Szkocji.


powrót   dalej

Whisky - strona główna | Szkocja - strona główna
dzień 1 | dzień 2 | dzień 3 | dzień 4 | dzień 5 | dzień 6 | dzień 7 | dzień 8 | dzień 9 | dzień 10 | dzień 11 | dzień 12 | dzień 13 | dzień 14 | dzień 15

(c) 2000 Rajmund Matuszkiewicz