


![]()

owyższy nagłówek jest nieco mylący,
gdyż niniejsza strona odnosi się do całej podróży do
Szkocji, która trwała nieco ponad dwa dni, jednak nie działo
się w tym czasie nic szczególnego. Poza tym, jeżeli liczyć
dni od noclegu do noclegu, dla mnie był to dokładnie jeden
dzień, który zaczął się w piątek rano w Wałbrzychu
(Polska), a skończył w sobotę wieczorem nieopodal Lockerby
(Szkocja). Na zdjęciu obok od lewej: Rajmund, Artur, Bartek,
Jacek bezpośrednio przed wyjazdem.
yruszyliśmy w piątek 14 lipca 2000 o
godzinie 12.07. Wszyscy w szampańskich humorach, Artur i Jacek
siedzący na tylnym siedzeniu w pozycji niemal leżącej,
obserwujący swoje rowery na bagażniku dachowym i przeżywający
każdy wybój i spowodowane przezeń telepanie się swoich
rowerków. Kto chociaż raz jechał tzw. autostradą A4 w
kierunku przejścia granicznego w Olszynie wie o czym mówię. Na
granicy byliśmy o godzinie 15.49. Granicę przekroczyliśmy o
16.19. Wygląda na to, że na niemieckich służbach granicznych
robi wrażenie fakt wyprawy do Szkocji. W momencie gdy padło
pytanie o
cel
podróży skończyły się wszystkie pytania i dociekania. Bez
najmniejszej kontroli zostaliśmy przepuszczeni na teren Niemiec.
Wjechaliśmy na dobrą autostradę, rowery przestały się
kolebać na dachu, Jacek zauważył, że jego rower nigdy jeszcze
nie jechał 130 km/h.
rzeprawa promowa przez kanał La Manche
okazała się prawdziwą przeprawą. Dojechaliśmy do portu w
Ostendzie w sobotę o godzinie 4.30. Okazało się, że
najbliższy prom mamy o godzinie 8.30. W porcie nie było żywej
duszy, która mogłaby nam udzielić jakichkolwiek bliższych
informacji, więc zdecydowaliśmy pojechać do Dunkierki w
nadziei, że załapiemy się na jakiś wcześniejszy prom
stamtąd. W Dunkierce okazało się, że nic z tego. Wróciliśmy
do Ostendy tylko po to by dowiedzieć się, że najbliższy prom,
na który moglibyśmy się załapać odpływa o 18.30.
Zaatakowaliśmy więc autostradę w kierunku Calais. Przez
Dunkierkę. Takie kilkakrotne deja vu... W Calais byliśmy o
godzinie 8.25. Tym razem nabyliśmy bilet drogą kupna i
ustawiliśmy się w kolejce do promu, który odpłynął w
kierunku
Dover o godzinie 9.15. Bilet w obie strony kosztował nas około
300 funtów. Na promie nie ma już, niestety, sklepów Duty Free.
Teraz nazywa się to Smart Buy, jest opodatkowane, ale mimo
wszystko nie jest drogo. Na dalszą drogę zakupiliśmy butelkę
whisky Old Fettercairn 10YO. Otworzymy ją później. Dużo
później. Na zdjęciu obok od lewej: Jacek, Bartek, Rajmund, w
tle białe klify Dover, Artur trzyma aparat.
porcie Dover znowu nie było żadnych
problemów. Przemiła urzędniczka królewskiego Immigration
Office z uśmiechem podbiła nam paszporty i życzyła miłego
pobytu w Zjednoczonym Królestwie. Krótki postój pod
Sainsbury's w Canterbury, przejazd tunelem pod Tamizą w
Dartford, autostrada M6 w kierunku na północ. Pogoda, która
trochę nas niepokoiła przez całą drogę na kontynencie
poprawiła się, wypogodziło się, zaczęło świecić słońce.
Mimo zmęczenia humory nas nie opuszczały. Do Szkocji
dotarliśmy wczesnym wieczorem, o godzinie 20.10 (2087. kilometr
wyprawy), przez co na zdjęciu obok widać tylko nasze sylwetki.
Słońce świeciło ostro prosto nam w oczy. Całe szczęście,
tablica
powitalna
(na zdjęciu) jest odblaskowa, więc udało się przynajmniej
pokazać jej bardzo ciepłą zawartość. Działo się to
wszystko w miejscowości Gretna Green. Stąd wyruszyliśmy w
stronę Lockerby, za którą znaleźliśmy bardzo urocze miejsce
na rozbicie naszego pierwszego obozowiska w Szkocji. W trakcie
rozbijania namiotów po raz pierwszy przekonaliśmy się co to
takiego midges. Wtedy wydawały się nam nieznośne. Później, z
perspektywy dwóch tygodni wiedzieliśmy, że podczas pierwszego
naszego noclegu potraktowały nas wyjątkowo łagodnie i tak
naprawdę występowały jeszcze tylko w śladowych ilościach.
Ale o tym przekonaliśmy się później. Pierwsi napotkani Szkoci
okazali się absolutnie bezproblemowi jeżeli chodzi o rozbicie
obozowiska. Zaproponowali nam nawet pomoc jeżeli chodzi o wodę,
żywność, możliwość umycia się itp. Wygląda na to, że w
te rejony świata jeszcze nie dotarła zła sława naszych
rodaków i kojarzy się nas tam przede wszystkim z dzielnymi,
szarmanckimi i rycerskimi lotnikami z czasów II wojny
światowej.

o
rozbiciu obozowiska, sporządzeniu pierwszego gorącego posiłku
(Bartek jest najlepszym kucharzem polowym na świecie)
przystąpiliśmy do świętowania sukcesu. Butelka Old
Fettercairn 10YO została odkorkowana, pierwszy toast wzniesiony.
Wypaliłem również moje cygaro, które czekało prawie rok na
tę właśnie okazję - pierwszy nocleg w Szkocji. Odbyła się
oczywiście sesja zdjęciowa (obok od lewej: Rajmund, Bartek,
Artur i Jacek, karimata Artura robi za statyw; zdjęcie poniżej,
od lewej: Artur, Rajmund z cygarem w dłoni, Jacek; Bartek trzyma
aparat). W związku z tym, że w Szkocji bardzo późno robi się
ciemno, nie bardzo spieszyło się nam do namiotów. Nie wiem do
której godziny trwały dyskusje na temat Szkocji, podróży,
midges, sensu życia itp. A im bliżej było dna butelki, tym
snadniej się nam dyskutowało. Mam wrażenie, że po
przejechaniu ponad 2100 kilometrów byłem trochę zmęczony.
Jako pierwszy wcisnąłem się w śpiwór i zasnąłem około
północy.
| Whisky - strona główna | Szkocja - strona główna dzień 1 | dzień 2 | dzień 3 | dzień 4 | dzień 5 | dzień 6 | dzień 7 | dzień 8 | dzień 9 | dzień 10 | dzień 11 | dzień 12 | dzień 13 | dzień 14 | dzień 15 |
(c) 2000 Rajmund Matuszkiewicz